2 RZECZY, KTÓRYCH NAUCZYŁAM SIĘ NA BLOG CONFERENCE POZNAŃ 2017

2 RZECZY, KTÓRYCH NAUCZYŁAM SIĘ NA BLOG CONFERENCE POZNAŃ 2017

Blog Conference Poznań 2017 relacja. Czego się nauczyłam w trakcie warsztatów i konferencji?

Blog Conference Poznań... Miało być tak pięknie! Bilety na pociąg kupione, torba spakowana. No, generalnie cieszyłam się jak dziecko. Na dzień przed wyjazdem załatwiłam wszystkie sprawy na uczelni, szczęśliwa wróciłam do domu i... zaczęłam puchnąć.


Trochę bolał mnie ósmy ząb, myślałam - wyrasta, w końcu. Przez myśl mi nie przeszło, by odwołać wyjazd ze względu na to. Myśl o powrocie pojawiła się w chwili, gdy dotarłam do mieszkania w Poznaniu. Wyglądałam jak pobita. Spuchłam jak balon, do opuchlizny dołączyły zawroty głowy, trudności w przełykaniu, generalnie pełen wachlarz niedogodności. Kasia, to nie był dobry pomysł. Piątkowy wieczór, zamiast przy piwku na biforze, spędziłam na poszukiwaniu ostrego dyżuru z czynną stomatologią i apteki. Padłam na łóżko z zimnym okładem przy policzku i zasnęłam przymulona lekami. Piękny początek weekendu - antybiotyk, zero aktywności fizycznej, nie przebywać na słońcu, nie mówić za wiele, czekać. Auć.

Przy okazji porywającej historii z ósemką, chcę krótko opowiedzieć o dwóch rzeczach, które bez końca przewijały się na warsztatach:

1. AUTENTYCZNOŚĆ


Więc po pierwsze - Nie zawsze jesteśmy zajebiście piękni i przebojowi, ale to nie znaczy, że mamy chować się w domu. Szczerze rozważałam tę opcję. Pomyślałam jednak, że to głupie, że równie dobrze mogę siedzieć na sali wykładowej, co w domu na kanapie. Pierwszy raz uznałam, że mam gdzieś to jak wyglądam i wiecie co? Żałowałabym, gdybym zdecydowała inaczej. Byłam na świetnych warsztatach i rozwiązałam kilka problemów, nad którymi od dawna łamałam sobie głowę. A to, że nie byłam w formie - kogo to obchodzi?

A jednak, odłączyłam Internet i stwierdziłam - nie dziś. Czemu? Bo nie byłam w stanie wykreować takiej treści, jaką czułam, że powinnam. Bo feed nie będzie spójny, bo nie wzięłam aparatu, nie wyglądam najlepiej. Bzdury. Pod koniec warsztatów pomyślałam, że stawianie sobie tak wysokiej estetycznie poprzeczki działa tylko na szkodę bloga. Blogosfera nie oczekuje ode mnie niczego konkretnego, poza tym, co sama pokażę jako "moje", taka prawda. Nie ma sensu tworzyć niemożliwego.

2. COŚ CHARAKTERYSTYCZNEGO


Planując duże wyjście w stanie podobnym do mojego, pomyśl o jakimś zupełnie wariackim, idiotycznym wręcz atrybucie, który obróci sytuację na twoją korzyść. W moim przypadku była to stylowa mrożona fasolka w worku, którą nosiłam ze sobą przez całą niedzielę. Z mrożonymi warzywami przy policzku stałam się idealnym wręcz celem small-talku. Co się stało? O, jaka biedna! Słuchaj, mam tu gdzieś ketonal i tak dalej. Dzień wcześniej byłam spuchniętą-nie-wiadomo-czemu dziewczyną, zmęczoną i potworną. Nikt się do mnie nie odzywał, trzymałam się z boku. W niedzielę byłam już dziewczyną z workiem mrożonej fasolki. Byłam jakaś.

Podobnie blog powinien mieć coś charakterystycznego, czytelną, łatwą do określenia osobowość - coś, co da się opisać w kilku zdaniach, co zapada w pamięć. Zauważyłam, że sama unikam blogów mdłych, nijakich i o niczym. Szukam czegoś, dzięki czemu nie pomylę danego bloga z żadnym innym. Czegoś, co wykracza poza nudną neutralność. Chyba autentyczności właśnie!


Czym Wy najbardziej przejmujecie się na blogu i w social mediach?
Dajcie znać w komentarzach, są tu jacyś perfekcjoniści?
Udanej niedzieli kochani!

ULUBIEŃCY KWIETNIA! KOBALT SKINCARE, MOI/A PRO BLENDER, PEAKY BLINDERS

ULUBIEŃCY KWIETNIA! KOBALT SKINCARE, MOI/A PRO BLENDER, PEAKY BLINDERS


Ulubieńcy kwietnia w pod koniec maja - cóż, można się tego po mnie spodziewać. Mam wrażenie, że w maju wszystko dzieje się na raz. Kwiecień był zupełnie inny! Przyjemny, czas płynął mi wolniej. Czekałam na wiosnę, wszędzie chodziłam z parasolem. Byłam w Poznaniu, pochodziłam po lumpeksach. Bardzo spodobał Wam się mój pierwszy, zakupowy haul. Zwiedziłam poznańskie Nowe ZOO w cudowny słoneczny dzień, najcieplejszy dzień miesiąca. A co z ulubieńcami?

Z kosmetycznych spraw:


Polubiłam nagietkowe mazidełko od Kobalt skincare. Krem z przeznaczeniem do wszystkiego: na łydki, kolana, suche łokcie i poliki. Łagodzi i zmiękcza skórę. Skład - macerat z nagietka na oleju jojoba, macerat z lawendy, wosk pszczeli, opcjonalnie jeszcze z zapachem lub bez. Niepozorny, żółciutki jak słoneczko. Nie zdradzam za dużo, bo będzie o tym cudaku osobny artykuł!

Coś, czego nie mogło tu zabraknąć, czyli niezastąpiona już gąbeczka z Kontigo. Pędzle do podkładu aktualnie na urlopie. Fluid nakładam nią i tylko nią. Póki co - materiał z którego jest wykonana trzyma się świetnie, w praniu powstała jedna dziureczka. Kolor trochę blaknie z czasem. Zapraszam do artykułu z testem gąbki, tam więcej informacji. W maju zamierzam wypróbować gąbkę Blend it! Zobaczymy, jak wypadną w porównaniu.

Na koniec korektor z Catrice: Liquid Camuflage High Coverage Concealer w kolorze 020 Light Beige. Ciemnieje, to fakt. Ma silny, nieprzyjemny dla mnie zapach. A jednak - to najlepszy korektor, jaki miałam. Ładnie zastyga, jest trwały i mocno kryje. Nie bez powodu wszyscy o nim mówią. Kładę go cienką warstwą pod oczy i na zmiany skórne. Świetny jako baza pod cienie do powiek. Na ten moment to prawdziwy must have, jeśli miałabym wybrać jeden korektor, byłby to ten.


Vlogi - Li0nsmane


Zobaczcie jego vlog z Japonii. Jeśli jaracie się video tak, jak ja - spójrzcie jak ten człowiek robi filmy. Jak przyjemny jest rytm tego nagrania. Zwykłe rzeczy, odpowiednio wkomponowane w całość nagrania, stają się czymś zupełnie nowym i pięknym. Fantastyczna jest świeżość jego spojrzenia, namacalna wręcz czułość na związek obrazu z dźwiękiem. Lubię jego spowolnienia, czyste, jasne kadry i jego miły głos. Jeśli wolicie zdjęcia - jego portfolio też jest warte uwagi. Kawał świetnie wykonanej fotografii analogowej.

Seriale - Peaky Blinders - brutalne, lecz piękne kino gangsterskie

Uwaga, to film z kategorii przemoc.
Ogólny zarys jest taki - Tommy Shelby prowadzi trochę nielegalnych interesów. Jest rok 1910, zadymione Birmingham. Z magazynu ginie spora ilość broni. Domyślacie się kto ją ma? Tak. Tam, gdzie wszyscy widzą kłopoty, młody Shelby widzi złoty interes i tak zaczyna się pierwszy sezon - zapada decyzja. Jedna decyzja, która pociąga za sobą kolejne i kolejne zdarzenia, wciągające rodzinę Tommy'ego coraz głębiej w intrygę. Ten serial to partia szachów rozgrywana o władzę.

Od estetycznej strony, produkcja jest uzależniająca. Światło tańczy w szklankach do whisky, w oknach unosi się kurz. Chłopcy wychodzą na ulicę bawić się bronią. Na wysoko podgolonych czuprynach noszą kaszkiety. Dużo tu robi muzyka - jest sporo kawałków White Stripes i Nicka Cave'a, trochę PJ Harvey. Przepadłam, Peaky Fucking Blinders.

Sztuka - Kolaże Aleksandry Morawiak


Powiem tak, są rzeczy na niebie i na ziemi, o których się filozofom nie śniło, na prawdę.

Artykuły - "Reklama na blogu, czy w gazecie?" na blogu Pasje Karoliny.

Czyli o przewadze bloga nad magazynem ilustrowanym w kontekście reklamy. O nakładzie pracy, jaką wkłada się w sponsorowane posty, o zasięgu takiej kampanii. O ciągłym kontakcie czytelnika z marką, na który pozwala reklama umieszczana na blogach i w mediach społecznościowych. I o wycenie takich usług. Myślę, że warto poczytać.


Dajcie znać, co Was ostatnio inspiruje! :)

GLINKA Z IMBIREM - ALTERNATYWA DLA SŁYNNEJ CZARNEJ MASKI NA WĄGRY

GLINKA Z IMBIREM - ALTERNATYWA DLA SŁYNNEJ CZARNEJ MASKI NA WĄGRY


Nie wierzę, że to mówię, ale maseczki na zaskórniki są na prawdę trendy. Przeżywamy boom na walkę z wągrami, zatkane pory przeszły do mainstreamu. "To ty w ogóle masz pory?" Jasne, żadna tajemnica!


Słyszeliście pewnie o masce, która wyciąga ze skóry wszystko. Jeśli nie - wpiszcie w wyszukiwarkę "czarna maska na wągry". Na twarzy zastyga jak klej, zrywa się to w bólach, ale niby warto. Dla mnie to chwilowa moda i bardzo agresywny sposób oczyszczania twarzy. Jestem na nie i raczej nie skuszę się na ten wynalazek. Tym bardziej, że to nie jedyne wyjście z wągrowej sytuacji.




Naturalne i proste rozwiązanie - maska z glinki. Do gustu przypadła mi szczególnie Glinka Czarna z Morza Martwego od Fitokosmetik. Tania jak barszcz, zamknięta w niepozornym kartoniku. Mega oczyszcza! Skutecznie pozbywa się ciemnych kropek na nosie, łagodzi stany zapalne na buzi, wygładza skórę. Będzie świetną alternatywą dla osób, które nie chcą ryzykować zerwania twarzy razem z maseczką. Jest banalna w użyciu - wystarczy dodać odrobinę wody, wymieszać i gotowe.

Korzeń imbiru wspomaga oczyszczanie skóry i poprawia jej koloryt. To mój ulubiony dodatek do masek z glinki. Ma właściwości przeciwzapalne, pobudza krążenie, przyjemnie rozgrzewa twarz. Na prawdę czuć na skórze ciepło! Używam świeżego imbiru, ostatecznie nada się również ten w proszku.

Jak przygotować maseczkę?


Wystarczy drobno zetrzeć imbir, dodać sproszkowaną glinkę i trochę wody. Możemy też przygotować większą porcję maski, na kilka kolejnych dni oczyszczania. Większe problemy ze skórą likwiduję właśnie w ten sposób - nakładam maskę codziennie przez 3 - 4 dni. Miksuję składniki na gładko w dzbanku blendera i pakuję do słoika. Przygotowaną maseczkę przechowuję w lodówce.

Maskę nakładam na czystą, lekko wilgotną twarz. Zostawiam na kilka - kilkanaście minut, w międzyczasie spryskuję twarz wodą, nie pozwalając masce wyschnąć. Zaschnięta glinka mocno ściąga skórę, a to nieprzyjemne uczucie. Zmywam ją przy pomocy ręcznika. W kontakcie z wodą maseczka robi się śliska, ślizgają się do niej dłonie. Trochę się trzeba namachać, żeby zmyć ją z twarzy. Wystarczy jednak, że nakryję buzię ciepłym, mokrym ręcznikiem i glinka bez problemu schodzi. Na koniec przemywam skórę tonikiem.

Ręcznik trudno doprać z kolejnych glinkowych masek. Nie polecam wyciągać z szafy najlepszych domowych ręczników. Dobrym pomysłem będzie zakup np. kilku sztuk w IKEA (ja używam tych - 1,50zł/sztuka) z przeznaczeniem właśnie do zmywania masek, czy owijania włosów podczas olejowania. Nie będzie nam szkoda ich poplamić.

Proporcje składników?


Na początku potraktowałabym imbir jako dodatek, powiedzmy - centymetrowy kawałek korzenia na porcję maseczki. Jeśli nie podrażni skóry, można zwiększać jego ilość. Moja skóra przepada za tym składnikiem. Nawet, gdy przygotowuję maseczkę, w której to imbir jest głównym składnikiem, nie widzę żadnego podrażnienia na twarzy.



Jeśli lubicie domowe kosmetyki, polecam też przepis na naturalne masło do ciała.
Koniecznie dajcie znać, jeśli skusicie się na tę maseczkę. Mam nadzieję, że posłuży Wam tak dobrze jak mi!

CO I JAK? ZAMÓWIENIE Z COLOURPOP DO POLSKI

CO I JAK? ZAMÓWIENIE Z COLOURPOP DO POLSKI


Zamawiać na stronie Colourpop czy w polskich sklepach? Co się bardziej opłaca? Jak wygląda wysyłka do Polski? A cło i podatki? Ile czasu idzie paczka? Zgubiła się? Czemu tak długo leży w urzędzie?


Składając pierwsze zamówienie w Colourpop zadawałam sobie te i inne pytania. Mam nadzieję, że dziś odpowiem na wszystkie. Szykujcie się na dłuższą lekturę i trochę matematyki! 

Co się bardziej opłaca - ściągać zza oceanu czy kupić w Polsce?


Kosmetyki Colourpop możemy kupić na stronie producenta, ale też w polskich sklepach internetowych. Gdzie? Na dzień dzisiejszy wiem, że są dostępne w sklepach House of Beauty i Glowstore. Płynne pomadki znalazłam też na stronie cosibella.pl. Nie zamawiałam kosmetyków z żadnego z tych sklepów, nie mogę wypowiadać się o jakości produktów, które sprzedają. Napiszę za to o cenach.

Ceny kosmetyków, które zamówiłam na stronie colourpop.com wahają się między 5$ a 8$. W zależności od kursu dolara (a licząc na dzień dzisiejszy), pojedynczy cień w słoiczku kosztuje 19zł. Tak samo pomadki Lippie Stix. Płynne pomadki to wydatek rzędu 23zł/sztuka, a za roświetlacze musimy liczyć 31zł/sztuka.

U polskich pośredników, za rozświetlacz zapłacimy już 66zł. Dwa razy więcej. Pomadki z serii Lippie Stix i cienie - 40zł/sztuka. Płynne pomadki - również około 40zł za sztukę.

Więc za cztery cienie z ostatniego zamówienia zapłaciłabym łącznie 160zł. Za tę cenę faktycznie wolałabym kupić jakąś lepszą paletę matowych cieni, na przykład z The Balm. A czy opłaca się za 80zł? Tego nie potrafię stwierdzić. W grę wchodzi jakość produktu i spawy związane z naszym prywatnym budżetem. Swój komplet cieni kupiłam z rabatem, za ok 60zł. Jestem z nich bardzo zadowolona, przyjemnie się ich używa. Mimo to wiem, że nie zamówię więcej. Więcej mi nie potrzeba.

Jeden, a może milion produktów?


Przy zamówieniu do Europy produktów o wartości poniżej 50$, za wysyłkę zapłacimy 38zł. W tym przypadku pojedyncze sztuki opłaca się kupować u pośrednika, bo np. wysyłka do Paczkomatu z Glowstore kosztuje 8,50zł. Przeliczając - jedna pomadka z wysyłką z USA będzie kosztować 57zł. U polskiego pośrednika ok 49zł. Skoro nie ma dużej różnicy w cenie, po co tracić czas i wysyłać kosmetyk w podróż przez pół świata?

Jednak w przypadku większych zakupów, rachunek w polskim sklepie robi się tragicznie wysoki. Za każdy produkt płacimy dwa razy więcej, niż u producenta. To znaczy, że zamiast dwustu złotych płacimy czterysta. Dla mnie to duża różnica. Na stronie Colourpop mamy normalne ceny, a przy zamówieniu o wartości 50$ i więcej, nie płacimy już nawet za wysyłkę. Opłacalne, również po doliczeniu podatku.

Przeliczmy: 50$ to na dzień dzisiejszy 192zł. Wartość takiego zamówienia + 23% podatku (44,16zł) + opłaty manipulacyjne (17,90zł), to razem 254,06zł. A jeśli nie opodatkują nam paczki? Należność wyniesie... 192zł. W polskim sklepie za to samo zamówienie trzeba by zapłacić 384zł bez kosztów wysyłki.

Więc kiedy zamawiać w Stanach?
1. W czasie wyprzedaży
2. Jeśli zamawiamy dużo produktów
3. Zamawiając w kilka osób
4. Gdy kurs dolara spada

A kiedy w Polsce?
1. Gdy zamawiamy pojedyncze sztuki
2. Gdy nie chcemy czekać na paczkę, która ze Stanów może iść tydzień, ale i miesiąc
3. Jeśli nie chcemy się bawić w podatek na granicy i wysyłanie dokumentów do urzędu


Nieszczęsny podatek


Celnicy mogą nałożyć na naszą paczkę 23% podatku VAT i cło.
Cło dotyczy paczek o wartości powyżej 150 euro (ok. 630 zł).
Podatek VAT nakłada się na paczki o wartości przekraczającej 45 euro (ok. 180zł/47$).

Jak widzicie, każde objęte darmową wysyłką zamówienie z Colourpop łapie się na podatek VAT. Jednak z moich doświadczeń wynika, że nie zawsze opodatkują nam paczkę. Moje pierwsze zamówienie (zdjęcie #1, niżej) nie zostało opodatkowane. Kolejna paczka została zatrzymana w Urzędzie Celnym (widać to na trackingu, (zdjęcie #2), gdzie nałożono 23% podatku, co realnie okazało się kwotą zwiększoną jeszcze o opłaty manipulacyjne.

Opłaty manipulacyjne to: opłata za przedstawienie paczki do kontroli celnej (8.50zł), opłata za przesłanie adresatowi dowodu odprawy celnej (6zł) i opłata za zainkasowanie należności celnych oraz przekazanie ich na rachunek urzędu celnego (3,40zł). Łącznie: 17,90zł.

O zatrzymaniu paczki do kontroli celnej zostajemy poinformowani listownie. Paczka zostaje zatrzymana do czasu nadesłania dokumentów potwierdzających jej wartość, zawartość i dane zamawiającego. Wszystko można dostarczyć mailowo i od razu mówię - nie spodziewajcie się informacji zwrotnej, czy potwierdzenia odbioru e-maila przez urząd. Patrzcie dalej w tracking i bądźcie cierpliwi.

Wysyłka


Na koniec o wysyłce do Polski. Patrząc na wyciąg z trackingu pierwszego zamówienia widzimy, że do momentu opuszczenia przez paczkę lotniska w Turcji, wszystko szło sprawnie (zdjęcie #1). Zamówienie złożyłam 19 grudnia, dwa dni później kosmetyki ruszyły w drogę. Mailem dostałam numer paczki i link do strony ze śledzeniem przesyłek. Cała operacja zajęła 23 dni, w tym 17 dni roboczych. Biorąc pod uwagę Boże Narodzenie i Sylwester, które zdarzyły się po drodze, jestem pod szczerym wrażeniem. Jedyna dziwna sprawa to 11 dni lotu z Turcji, oczywiście, że nie do wiary. Transport musiał zalegać w magazynie zanim został zarejestrowany w granicach Polski. Nikt nie udzielił mi odpowiedzi, czy to normalna procedura.

Szczerze - byłam pewna, że zgubiono tę paczkę. Na facebooku Poczty Polskiej znalazłam komentarze świadczące o tym, że paczki zza granicy nie odnajdują swoich odbiorców, że to się zdarza i nic w tym dziwnego. Że giną w locie, jak moja. To mnie zaniepokoiło. Widziałam też zażalenia osób, których paczki zostały wysłane ze Stanów wcześniej niż moja. Jeśli martwicie się o status przesyłki - warto zajrzeć w te komentarze i zobaczyć, czy nie ma większego problemu z ruchem poczty po kraju. Można też sprawdzić komunikaty o awariach i opóźnieniach na stronie Poczty Polskiej.

Druga paczka została zatrzymana w Urzędzie Celnym. (zdjęcie #2) Z trackingu nie dowiemy się, czy opodatkowano przesyłkę. Ta niespodzianka czeka nas dopiero na poczcie. Mogę jeszcze napisać, że przesyłki zwolnionej z kontroli celnej nie odbierze nikt, poza adresatem. Niezbędne jest okazanie dowodu osobistego.

Na poniższych zdjęciach możecie zobaczyć przystanki, jakie prawdopodobnie zaliczy wasza przesyłka:



Mam nadzieję, że odpowiedziałam na kilka najważniejszych pytań dotyczących zamawiania kosmetyków ze strony Colourpop. Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, - piszcie! Postaram się pomóc. :)

Copyright © 2014 What's up Katie! , Blogger